Ojciec Pio i dusze czyśćcowe

Ojciec Pio był wielce oddany duszom czyśćcowym. W liście z 29 listopada 1910 roku, to jest kilka miesięcy przed swoimi święceniami kapłańskimi, zaadresowanym do jego współbrata kapucyna, ojca Benedetta, jego przewodnika duchowego, napisał:

Od dłuższego czasu odczuwam w sobie potrzebę, aby oddać się Panu jako ofiara za nieszczęsnych grzeszników i za dusze czyśćcowe. Pragnienie to coraz bardziej rośnie w moim sercu, tak bardzo, że teraz stało się ono — powiedziałbym — gwałtowną pasją. Jest prawdą, że uczyniłem tę ofertę Panu wielokrotnie, błagając Go, aby zechciał zesłać na mnie kary, które przygotował dla grzeszników i dla dusz mających się oczyścić, aby nawet je pomnożył stukrotnie, byle tylko nawrócił i zbawił grzeszników, a także przyjął szybko do Raju dusze z czyśćca. Teraz jednak chciałbym ponowić moją ofiarę z Twoim pozwoleniem. Wydaje mi się, że Pan Jezus właśnie tego chce (List I, 206).

Po święceniach kapłańskich, ze względu na ciężki stan zdrowia, Ojciec Pio przebywał w swoim rodzinnym miasteczku Pietrelcinie. Każdego dnia odprawiał Mszę Świętą w parafii lub w kościele San Pio V, zwanym też kościołem Sant’Anna. Proboszczem był ksiądz Salvatore Pannullo, urodzony w 1849 roku. Był to uczony kapłan, magister teologii i filologii. Za darmo dawał prywatne lekcje młodemu bratu Pio, aby pomóc mu w przygotowaniu się do egzaminów na święcenia kapłańskie.

W 1924 roku ksiądz Salvatore zaczął mieć problemy ze wzrokiem. Poddał się zabiegowi chirurgicznemu w klinice w Bari, lecz nie wyzdrowiał. Przeciwnie, z dnia na dzień jego stan się pogarszał, aż oślepł całkowicie, co jednak znosił z chrześcijańskim poddaniem. Przed celebracją Mszy Świętej obaj kapłani ubierali się w szaty liturgiczne za głównym ołtarzem, ale pewnego dnia ksiądz Salvatore umieścił je na stole w prezbiterium. Młody ksiądz nie przywiązał zbytniej wagi do tego faktu, ale kilka dni później zapytał o przyczynę tej zmiany. Wtedy ksiądz Salvatore wyjawił, że zmarły ksiądz Giovanni Caporaso, który był proboszczem parafii przed nim, podczas całej Mszy Świętej klęczał za ołtarzem, dokładnie w miejscu w którym zwykli byli nakładać wcześniej szaty liturgiczne. Ksiądz Giovanni był też widziany w kościele San Pio V, w dzielnicy Castello, przez żonę zakrystiana, która poszła tam, aby bić w dzwony przed Mszą św. Gdy otworzyła drzwi kościoła, zauważyła księdza klęczącego na schodkach prowadzących do ołtarza głównego. Przyjrzała mu się uważnie i spostrzegła, że to był właśnie on — zmarły proboszcz. Wewnętrznie poruszona i w strachu pobiegła do parafii przekazać mężowi to, co widziała. Również Ojciec Pio widział księdza klęczącego w tym kościele, ale ponieważ twarzą był zwrócony ku ołtarzowi i nie mógł mu się przyjrzeć, nie przywiązał zbytniej uwagi do tego wydarzenia, myśląc, że był to jakikolwiek ksiądz pogrążony w modlitwie. Ksiądz Giovanni bywał widziany przez około miesiąc. Ostatnim razem zmarły ksiądz powiedział do obecnego proboszcza: „Salvatore, teraz cię zostawiam, już nie wrócę.

 

Więcej na opoka.org

Kategoria: Cuda się zdarzają | Słowa kluczowe: , , , , , , | Dodaj komentarz

W lipcu rowerzyści wyruszą na pielgrzymkę śladami św. Ojca Pio

W dniach od 5 do 28 lipca „radośnie zakręceni” będą zmierzać na rowerach do San Giovani Rotondo. Wydarzeniu patronuje portal PCh24.pl. „Chcemy zobaczyć coś więcej, poczuć coś niesamowitego i doświadczyć samych siebie jak nigdy dotąd. Dlatego właśnie zamiast posiedzieć nad grillem w lipcowe, upalne dni, będziemy jechać, modlić się, śmiać i podziwiać jak to wszystko wokół nas zaprasza do życia i do radości!” – podkreślają organizatorzy pielgrzymki.

mid_23373

Do pokonania mają ok. 2100 km. Po drodze odwiedzą m. in. sanktuarium św. Gabriela od Matki Bożej Bolesnej, miejsce jednego z pierwszych i największych cudów eucharystycznych – Lanciano, oraz Loreto.

„W większości pochodzimy z Warszawy i tu pracujemy czy też chodzimy do różnych szkół. Jest kilku gimnazjalistów, informatyk, księgowa, pielęgniarka, inżynier, weterynarz, ksiądz i przyszły ksiądz” – mówią o sobie pielgrzymi.

Dlaczego jadą? „Chcemy zostawić to do czego jesteśmy przyzwyczajeni, pewne wygody i to co usypia naszą czujność, aby usłyszeć lepiej Tego, który zawsze jest przy nas. Dlaczego jest tak, że w codzienności często zapominamy o Bogu – tego do końca nie wiemy. Wiemy zaś, że pielgrzymka to szczególny czas łaski i Jego obecności”.

Opiekę nad wyjazdem sprawuje o. Daniel Szafarz CP.

Źródło: PCh24.pl

 

Chcesz wiedzieć więcej o świętym stygmatyku? Zamów wyjątkową publikację – „Ojciec Pio – Droga do świętości”Książka jest dostępna na stronie ojciec-pio.pl.

Kategoria: Ciekawostki | Słowa kluczowe: , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Ojciec Pio – święty z cukru i wazeliny czy z krwi i kości?

Żył tak, jak żyła większość zakonników w początkach XX wieku. W połatanym habicie, w zapomnianym przez wszystkich klasztorze, w małej zapyziałej mieścinie.

Nie został ojcem Kościoła, nie pozostawił po sobie żadnych opasłych tomów filozofii ani błyskotliwych podręczników życia duchowego. Jedyną rzeczą, której poświęcił życie, była modlitwa za innych ludzi, których za wszelką cenę chciał doprowadzić do Boga. Z początku wydawało się, że jego typowy zakonny życiorys nie zwróci nigdy niczyjej uwagi.

Nie bójcie się, to naprawdę ja
Dziś w prowincji zakonnej, w której mieszkał, obejmującej powierzchnią obszar polskiego województwa, jego wizerunki można zobaczyć niemal w każdym sklepie i na każdej stacji benzynowej. Uśmiecha się do nas z breloczków, kubków, figurek, etykiet win, okładek książek, długopisów, zeszytów i lampek, nie mówiąc o różańcach i modlitewnikach. Ot, taki typowy świątek, którym kupczy się na każdym straganie w niedzielę po odpustowej sumie, nie zważając na przykazanie „dzień święty święcić”.

Tyle że tu, gdzie żył, jest jeszcze gorzej, bo niedziela trwa dzień w dzień przez cały rok dla wszystkich pielgrzymów świata. Dlatego sklepy zamykają się tylko na czas sjesty, aby po szesnastej otworzyć swe podwoje dla kolejnych przybyszów, którzy tak jak pozostali kupią kolejne pamiątki z wizerunkiem świętego.

Ze starych zdjęć, które prezentują jego klasztor w początkach XX stulecia, można wywnioskować, że z odludnej kontemplacyjnej pustelni za miastem pozostał dziś jedynie stary kościołek, otoczony zewsząd setkami hoteli i przytłoczony bryłą świeżo wybudowanego sanktuarium, także noszącego imię świętego. Inna jest też chwytliwa i dobroduszna świętość naszego Ojca, emanująca swym odpustowym blichtrem z tych wszystkich przedmiotów, z których na nas spogląda. Nawet jego coraz liczniejsze biografie przedstawiają go w „niezłomnej heroiczności chrześcijańskich cnót”, niemal zupełnie bez ludzkich wad i cech, które zwykle stanowią o niepowtarzalności każdego, budząc u jednych sympatię, u innych zaś niechęć.

Ten proces, porównywalny z deifikacją starożytnych cesarzy rzymskich, zaczął się już za życia świętego. Nasz bohater początkowo próbował go nawet powstrzymywać w charakterystyczny dla siebie sposób. Kiedy pewnego dnia pokazano mu jego portret namalowany dla potomności na płótnie, autor obrazu poprosił Ojca o podpisanie swej podobizny. Zakonnik spojrzał na niezwykle poważne i zarazem natchnione oblicze na obrazie i napisał w rogu płótna: „Nie bójcie się, to naprawdę ja”.

Bo to nie był żaden masochista
Idę jednym z klasztornych korytarzy, które z rozmysłem zamieniono w galerię artystycznych dzieł, mających za zadanie uwiecznić dla potomności osobę Świętego. Szukam, lecz nie odnajduję niczego charakterystycznego dla człowieka, o którym przeczytałem przecież kilkadziesiąt książek i obejrzałem setki świadectw oraz filmowych migawek. Czuję potrzebę zejścia z tego fałszywego panteonu obowiązujących wizji i interpretacji zdarzeń. I wtedy na zasadzie kontrastu przychodzi mi do głowy fragment wiersza Andrzeja Bursy:

Ze wszystkich świętych katolickich
najbardziej lubię Józefa
bo to nie był żaden masochista
ani inny zboczeniec
tylko fachowiec
zawsze z tą siekierą
bez siekiery chyba się czuł
jakby miał ramię kalekie
i chociaż ciężko mu było
wychowywał Dzieciaka
o którym wiedział
że nie jest jego synem
tylko Boga
albo kogo innego…

Wynoś się, ty stara świnio!
Tak jak wizja Bursy w żaden sposób nie pokrywa się z tradycyjnym wizerunkiem świętego Józefa, tak ja wędrując po San Giovanni Rotundo, nie mogę odnaleźć „żywego” Padre Pio, którego charakterystyczne zwroty, gesty i wypowiedzi znam z zachowanych filmów, książek i świadectw żyjących jeszcze świadków jego posługi. Uruchamiam więc swoją pamięć i przywołuję kolejne zdarzenia.

Pewien radca z Neapolu, usprawiedliwiając się brakiem czasu, próbował dostać się bez czekania do konfesjonału Ojca Pio. Został jednak odesłany przez zakonnika na koniec kolejki. Kiedy wreszcie wystał swoje, nie zdążył nawet otworzyć ust, a usłyszał zza kratek głos: „Wynoś się, ty stara świnio!”. Radca sam doszedł do wniosku, że został wyrzucony dlatego, że żył w tym czasie z kobietą, która nie była jego żoną. Tylko skąd kapucyn mógł o tym wiedzieć?

To pokazuje, że Padre Pio nie znosił kompromisu z grzechem, który był dla niego wyrazem działania osobowego zła, czyli szatana. Gdy ktoś kłamał lub sam siebie usprawiedliwiał, wyrzucał od razu penitenta z konfesjonału, nie szczędząc mu obelg czy wręcz fizycznych razów.

Inny prawnik, który był pewnego razu gościem w zakonie, opowiedział z uśmiechem w obecności Ojca Pio, że zdarza się, iż sędziowie pozwalają na kupowanie korzystnego wyroku. Nieszczęśnik nie wiedział, na co się naraża swoim zachowaniem. Nim zdążył zareagować, Ojciec Pio zrobił krok do tyłu, po czym wymierzył potężnego kopniaka w tyłek sędziego, który zleciał na łeb na szyję ze schodów. Po drodze słyszał jeszcze, jak zakonnik za nim woła: „Kup sobie także to, nędzniku!”.

Lepszy pusty kościół niż pełen diabłów
To nie był egzaltowany mnich bujający w obłokach w ekstatycznych uniesieniach. W jego otoczeniu pojawiali się co jakiś czas ludzie, którzy próbowali bezczelnie ośmieszyć jego charyzmat i duchowe dary. Kiedy więc jeden z nich wrzasnął na cały kościół: „Ojcze, co mam powiedzieć księdzu Colombo?”, Padre odpowiedział z przekąsem: „Powiedz mu, żeby nie obniżał lotów”.

Innym razem pewien Genueńczyk założył się z kolegami, że zakpi z Ojca Pio, po czym przystąpił do konfesjonału i rzekł, że nie chce się spowiadać, tylko przyszedł prosić o łaskę uzdrowienia chorego krewnego. Kapucyn osobiście wyszedł zza kratek, spoliczkował go i wyrzucił z konfesjonału. Kilka dni później ów młodzieniec nawrócił się i prawdziwie przystąpił do sakramentu pojednania, tym razem jednak uzyskał rozgrzeszenie od zakonnika.

Swoim bezceremonialnym i nietypowym jak na mnicha zachowaniem, Padre Pio zyskiwał sobie wrogów także w samym zakonie kapucynów. Kiedy jeden ze współbraci upominał go, że jak tak dalej będzie postępował, to kościół opustoszeje i nikt już nie będzie chciał się spowiadać, Ojciec Pio odpowiedział: „Lepiej, by kościół był pusty niż sprofanowany”. A innym razem rzekł: „Lepszy kościół pusty, niż pełen diabłów”.

Charakterystyczne dla Ojca było także to, że brzydził się dewotkami. Mówił im: „Jeżeli naprawdę chcecie być pobożne, to przestańcie odwiedzać zakrystię. Albo jest się w środku, albo na zewnątrz”.

Wynoś się, komediantko!
Padre dbał również o wewnętrzną czystość myśli i spojrzenia, dlatego też z nieubłaganą konsekwencją tępił pojawiającą się w latach sześćdziesiątych modę na spódniczki mini. Niektóre kobiety, zbyt eksponujące swoje nogi, próbowały więc przychodząc do spowiedzi do Ojca, obciągać w dół spódnicę przed wejściem do kościoła, tak aby wyglądała na dłuższą niż była w rzeczywistości. Niestety, nigdy im się to nie udawało, bo zakonnik grzmiał w konfesjonale: „Kościół to nie teatr. Wynoś się, komediantko!”.

Ojciec Pio nieustępliwie dbał również o czystość mowy i języka. Kiedy usłyszał wieśniaka bluźniącego w jego obecności, spoliczkował go, a ten – o dziwo! – w milczeniu przyjął karę. Często jednak jego uderzenia i wrzaski, wyglądające groźnie z zewnątrz, były w rzeczywistości obliczone tylko na pokaz, by odnieść zamierzony duchowy skutek. Zakonnik sam się pośrednio do tego przyznał, mówiąc po jednej z takich scen do współbrata: „Nie martw się. W duszy nie gniewam się, krzyczałem, lecz naprawdę moje serce się śmiało”.

Jakiż osioł z ciebie!
Ktoś, kto nie zna duchowości ojca Pio, mógłby pomyśleć, że Padre był psychopatą lubującym się w biciu i dręczeniu ludzi nawet w konfesjonale. Aby rozwiać takie przypuszczenia, należy przypomnieć, że wszelkie nawrócenia i niewytłumaczalne uzdrowienia (jak słynne przywrócenie wzroku Gemmie di Georgi, która widzi do dziś, choć nie ma źrenic), dokonywane za wstawiennictwem ojca Pio, okupywane były przez niego cierpieniem. Ten fizyczny ból ujawniał się niekiedy niektórym osobom. Scenę taką przywołuje w swej książce kapucyn o. John A. Schug: „Kiedy Laurino Costa, naczelny kucharz w szpitalu Ojca Pio, po raz pierwszy przybył do San Giovanni Rotondo, aby pracować jako szef kuchni w szpitalu Ojca Pio, wątpił, że Ojciec jest rzeczywiście święty.

Wątpliwości takie gnębiły go przez trzy lata. Pewnego dnia, kiedy wszedł do zakrystii, gdzie Ojciec spowiadał mężczyzn, spojrzał na Ojca i zobaczył głęboki krzyż wycięty na szerokość jego czoła i twarz pokrytą krwią.

– Zacząłem trząść się ze strachu – mówił Laurino. Przez 10 minut obaj mężczyźni patrzyli na siebie. Potem kiedy Laurino się wyspowiadał i wybiegł z kościoła, przez trzy dni nie mógł ani jeść, ani spać, tylko płakał i pracował, myśląc, że lada dzień postrada zmysły.

W końcu zebrał się na odwagę, poszedł do Ojca Pio i spytał: – Ojcze, powiedz mi, dlaczego uczyniłeś mi to, że widziałem cię tak wtedy? Czy być może ja jestem tym, który sprawia, że tak cierpisz?

Ojciec Pio odpowiedział: – Jakiż osioł z ciebie. To była łaska, którą Pan Bóg chciał Cię obdarzyć”.

Często swoim duchowym uczniom, których udało mu się nawrócić z dalekich od Kościoła ścieżek spirytyzmu, okultyzmu czy wolnomularstwa, zakonnik mówił: „Nawet nie wiesz, ile mnie kosztowałeś. Nabyłem cię własną krwią”. Z pewnością więc Ojciec Pio – widząc o wiele więcej niż zwykły zakonnik – potrafił używać właściwych środków we właściwym czasie, aby dotrzeć do wnętrza zagubionej duszy.

Córko, śmierć jest blisko!
Sam Padre miał też jasną świadomość zadań, które Bóg powierzył mu do wykonania w Kościele. O swojej ziemskiej drodze mówił: „Wśród was jestem bratem, przy ołtarzu – ofiarą, a w konfesjonale – sędzią”. I w zasadzie całe życie poruszał się w tym właśnie trójkącie.

Dlatego też mieszkańców San Giovanni Rotondo szybko przestały dziwić widoki szlochających przy wejściu do kościoła dorosłych mężczyzn, którym Padre odmówił rozgrzeszenia, a którzy jednak wracali później, ponieważ Ojciec Pio w tajemniczy sposób towarzyszył im w ich udręce. Tylko jemu wolno było mówić o swoich podopiecznych: „Ja mogę nawet bić moje dzieci, ale innym od nich wara”.

Potrafił jednak nie tylko karcić ich, lecz także dawać im „duchowe cukierki”, jak sam nazywał swoje cudowne dary i bilokacje, którymi manifestował własną obecność w tym miejscu i czasie, w którym potrzebowali tego jego wierni.

Nieraz były to miasta położone o tysiące kilometrów od klasztoru, którego oficjalnie nigdy nie opuszczał.

Chociaż przez pół wieku żył z bolesnymi, krwawiącymi stygmatami oraz tajemniczymi chorobami, których przyczyny nie potrafili wyjaśnić najlepsi lekarze, stać go było na dystans do siebie i do świata, na kpiny oraz specyficzny dowcip ocierający się o groteskę i czarny humor. Jak wówczas, gdy na przykład pewna jego córka duchowa obchodziła 60. urodziny i po spowiedzi poprosiła go, by powiedział jej coś miłego. Zakonnik nachylił się nad jej uchem i z poważną miną, bez cienia uśmiechu, szepnął: „Córko, śmierć jest blisko!”. Oboje wybuchnęli śmiechem.

Ten śmiech mówi więcej o Ojcu Pio niż lukrowane biografie czy odpustowe figurki ukazujące karykaturę człowieka niczym w krzywym zwierciadle. Warto odrzucić te powierzchowne przedstawienia i dotrzeć do ludzkiego wymiaru niezwykłego kapucyna z San Giovanni Rotondo, a być może otoczy Was swoją duchową opieką. Czego sobie i wszystkim życzę.

Rafał Jabłoński

Źródło: Kwartalnik „Fronda”, nr 54

Kategoria: święty Ojciec Pio | Słowa kluczowe: , , , , , , | Dodaj komentarz

Manoppello – cicha kraina z Cudownym Wizerunkiem

petrelcina ojciec pioChusta, o której krążą legendy, domysły, podejrzenia. Niektórzy twierdzą, że została wykradziona z Watykanu. Inni, że do maleńkiej włoskiej wsi przyniósł ją tajemniczy wędrowiec. Do dziś nie ma jednej jasnej odpowiedzi dotyczącej jej genezy, historii. Łatwiej o odpowiedź na pytanie, czyje oblicze przedstawia.

„Mężczyzna ma rzadką, młodzieńczą brodę, tak że widać niemal każdy włos, i delikatne, prawie kobiece brwi. Na środek wysokiego czoła opada mały kosmyk. Kiedy się dokładnie przyjrzeć, widać, że skóra wokół ust, na policzkach i czole ma intensywnie różowy odcień świeżo zadanych ran; można jednak odnieść wrażenie, że odcień ten kryje się gdzieś „we wnętrzu włókiem”, jak na hologramie. (…) Z szeroko otwartych oczu emanuje niewytłumaczalny spokój. Zaskoczenie, zdziwienie, zdumienie. Łagodne miłosierdzie. Żadnego bólu, gniewu, przekleństwa na ustach. Twarz na obrazie przypomina oblicze człowieka, który właśnie zbudził się ze snu.”

Tak cudowne Boskie Oblicze widzi człowiek, który spędził przed nim kilkadziesiąt (jeśli nie kilkaset już) godzin. Paul Badde, bo o nim mowa, jest jednym z najgorętszych orędowników i popularyzatorów całunu z Manoppello. Jakoś tak się złożyło, że owa chusta ukryta w tej maleńkiej osadzie wschodniej Abruzji, szczególne szczęście ma właśnie do Niemców. Oprócz wspomnianego Paula Badde’go osobą, która praktycznie całe swoje życie poświęciła szerzeniu kultu Boskiego Oblicza, jest siostra Blandina Paschalis Schlömer – trapistka, prowadząca pustelnicze życie przy sanktuarium, w którym przechowywany jest całun. Nie sposób także pominąć ojca Heinricha Pfeiffera, jezuity, który objeżdża świat prowadząc sympozja i tłumacząc zebranym, co takiego ofiarował nam Pan Bóg w dzisiejszych czasach. Jego zdaniem, to najcenniejsza relikwia, jaką obecnie posiadamy. Prawdziwy cud.

Niemieccy orędownicy

Wszyscy troje są jednakowego zdania. W obecnym świecie news dotyczący odkrycia chusty z Manoppello powinien zatrząsnąć całym globem. Gazety winny pisać o tym jako o najważniejszym wydarzeniu współczesnych czasów. Paradoksalne są zatem pustki przed kościołem na wzgórzu w Manopello. Żadnych autokarów. Żadnych ludzi. Żadnej sensacji. Cisza.

- To najwłaściwsze miejsce dla Całunu! – twierdzi don Antonio Tedesco, rzymski duszpasterz niemieckojęzycznych pielgrzymów. – Pan ukrył się w sercu ludowej pobożności jak w żywym tabernakulum.

Ów fenomen ciszy i braku zgiełku tłumaczy także sam ojciec Pfeiffer: – Nie ma pan wrażenia, jakby Jezus znów przeszedł przez mury i zamknięte drzwi? Czy to nie wyraz Jego poczucia humoru – poczucia humoru Jego Ojca – że właśnie wtedy, gdy budowano największy, najpotężniejszy i najbezpieczniejszy sejf na kuli ziemskiej , obraz znalazł drogę z powrotem na ulice miast i wsi i kroczy nimi odtąd bezbronny – jak człowiek pośród ludzi? Że autentyczny wizerunek Boga opuścił pałace Watykanu i zawędrował do kapucynów, najbiedniejszego zakonu w Kościele katolickim?

Długa wędrówka

Manoppello. Niewielka wieś ulokowana pośród malowniczych wzgórz środkowo-wschodniej części Półwyspu Apenińskiego. Aby najlepiej uchwycić kontrast, jaki dzieli tę część Italii od tej bardziej turystycznej, polecam pojechać wpierw do Rzymu. A dopiero potem udać się na samotną pielgrzymkę do Sanktuarium Boskiego Oblicza w Manoppello. To zaledwie 138 kilometrów na wschód. Dokładnie taka odległość dzieli rzymską bazylikę Świętego Piotra od bazyliki, w której wystawiona jest adorowana przez braci kapucynów Chusta z Wizerunkiem Tajemniczego Mężczyzny. 138 kilometrów między tłumem a bezludziem. Między gwarem i ściskiem a kojącą ciszą i niespiesznym rytmem dnia. Dokładnie wówczas, gdy pielgrzymi przepychają się, aby zrobić zdjęcie przepięknej Piecie Michała Anioła, tam daleko jakiś braciszek w osamotnieniu kontempluje wystawiony całun. Podczas, gdy z roku na rok zwiększa się limity liczby autobusów, które mogą wjechać do centrum Rzymu, parking w Manopello przez większość dnia świeci pustkami.

To tutaj, jak głosi legenda, któregoś niedzielnego popołudnia lipca 1506 roku do bram kościoła pw. św. Mikołaja zapukał tajemniczy pielgrzym. Otwierającego poprosił o zawołanie doktora Giacomantonia Leonellego. Jemu to wręczył tajemnicze zawiniątko. W środku znajdowała się niezwykle cienka chusta. Welon wędrował między kolejnymi pokoleniami rodu Leonellich. Do czasu aż pokrętnymi ścieżkami (został zhandlowany jako okup za uwolnienie więźnia) trafił do niejakiego Donantonina de Fabris. To jemu zawdzięczamy, że welonem zaopiekowali się kapucyni. Umieścili chustę w ramach drzewa orzechowego. Wyrównali postrzępione brzegi. Co ujrzeli? Niby nic. Gdy bowiem patrzy się na rozpięty całun na wprost widzimy dokładnie, co znajduje się za nim. Jest przeźroczysty niczym najczystsza szyba. Dopiero spojrzenie pod kątem sprawia, że dostrzegam obraz. Twarz otwierającego oczy Mężczyzny. Tak pięknie i trafnie opisany przez autora książki „Boskie Oblicze”, który to opis pozwoliłem sobie zacytować na wstępie.

Święty pielgrzym z Pietrelciny

Cudowne Oblicze. Cudowne z wielu powodów. Choćby z tego, że gdy w 1703 roku postanowiono przenieść welon z drewnianych ram do bardziej dostojnych, srebrnych, okazało się, że… obraz znikł. Płotno pozostało puste. Twarz pojawiła się dopiero po ponownym włożeniu welonu w drewniane ramy. Dziś możemy oglądać całun – nadal umocowany w owych ramach – ale już w relikwiarzu, ulokowanym nad środkowym ołtarzem Bazyliki w Manoppello. Lubił tu przebywać ojciec Pio. Gdy zapytamy któregokolwiek z posługujących tutaj braci, bez mrugnięcia okiem wskażą nam drewnianą ławę znajdującą się za ołtarzem, w której zwykł się modlić. Niejednokrotnie zdarzało się, że otwierający świątynne bramy ojciec znajdywał w środku pogrążonego w głębokiej adoracji przyszłego świętego. Także wówczas, gdy do jego odejścia z tego świata brakowało tak niewiele. Ojciec Domenico (który nota bene jako mały chłopiec został uwolniony z gruzów zawalonego kościoła w rodzinnym Avezzano przez „mężczyznę o zakrwawionej twarzy” – po 49 latach, już jako kapucyn, rozpoznał tę twarz właśnie tutaj, stojąc naprzeciwko cudownego Całunu z Manoppello przedstawiającego, według ojca Domenico, właśnie ową twarz poranionego mężczyzny) opisuje, jak pytał ojca Pio o to, co robi w kościele o tak wczesnej porze. Ten miał odpowiedzieć: „Sam sobie już nie ufam. Módl się za mnie i do zobaczenia w Raju!”. Po dwudziestu godzinach ojciec Pio odszedł do Domu Ojca.

„Namalowany” na bisiorze

Dziś Boskie Oblicze kontemplują kolejni. Wśród nich wspomniana siostra Blandina. To ona korzystając z najnowszych zdobyczy techniki porównała trzy wizerunki Umęczonego Mężczyzny. Ten zachowany na Całunie Turyńskim, na tajemniczej Chuście z Oviedo (utożsamianej z Chustą Weroniki) oraz na Całunie z Manoppello. Wyniki wprawiają w zdumienie. Okazało się, że po nałożeniu na siebie wszystkich trzech obrazów, zgadzają się one w najmniejszych nawet szczegółach! Jakby tego było mało, nadal nie wytłumaczono, jakim cudem (no właśnie chyba tylko nim…) na tkaninie powstał jakikolwiek obraz. Większość specjalistów jest zgodna: Welon utkano z bisioru – czyli tzw. morskiego jedwabiu, najcenniejszej tkaniny starożytnego świata. Współcześnie żyje tylko jedna osoba znająca tajniki sztuki produkcji tego drogocennego materiału – to Chiara Vigo. Na widok całunu z Manoppello powiedziała dwa słowa: „To bisior”. Nie miała najmniejszych wątpliwości. Cały problem polega jednakowoż na tym, że na bisiorze – z racji jego morskiego pochodzenia oraz licznej domieszki soli morskiej – nie sposób malować. Chiara Vigo mówi o tym z pełnym przekonaniem. Na tajemniczej chuście natomiast każdego dnia możemy oglądać wizerunek otwierającego oczy Mężczyzny.

Stefan Czerniecki

 

Kategoria: święty Ojciec Pio | Słowa kluczowe: , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Czy Ojciec Pio wiedział, że Wojtyła zostanie papieżem?

List był jak tysiące innych, które przekazywał kapucyńskiemu mistykowi. Nazwisko biskupa też nic mu nie mówiło. W prawdziwe osłupienie wprawiły go jednak dopiero słowa o. Pio: „Angelino, jemu nie można odmówić. Zapewnij go, że będę się gorąco modlił za tę mamę”.

Listopadowe sobotnie przedpołudnie. W biurze Sekretariatu Stanu w Watykanie Angelo Battisti siedzi przy swoim biurku i przegląda dokumenty. Jak co tydzień sprawdza, co jeszcze powinien zrobić przed wyjazdem, a co spokojnie może poczekać do poniedziałku. Do pokoju wchodzi ks. Gugliemo Zannoni, również pracownik Sekretariatu, i wręcza Angelo kopertę: „Przekaż, proszę, ten list o. Pio, to bardzo pilne”. Battisti niemal odruchowo wkładają do teczki z pozostałą korespondencją przeznaczoną dla Stygmatyka z San Giovanni Rotondo. Wiele osób wie o jego kontaktach z o. Pio i często jest proszony o doręczenie mu różnych pism i intencji modlitewnych. Nie ma więc na razie powodu, by traktować list otrzymany z rąk Zannoniego jakoś szczególnie.

Angelo Battisti przez pięć dni tygodnia przepisywał na maszynie dokumenty w watykańskim Sekretariacie Stanu, natomiast w weekendy zajmował się administrowaniem Domu Ulgi w Cierpieniu. Aby pogodzić te dwa zajęcia, w każdą sobotę jechał prawie 400 km z Rzymu do San Giovanni Rotondo, na miejscu doglądał szpitala, a w niedzielę wieczorem wracał do Watykanu. Zazwyczaj trasę tę pokonywał pociągiem, ale tego dnia – zaintrygowany nieco ponaglającym tonem ks. Zannoniego – postanowił pojechać samochodem. Do San Giovanni Rotondo dotarł późnym wieczorem. Okazało się, że na chwilę osobistej rozmowy z o. Pio może liczyć dopiero w niedzielę po południu. Wtedy właśnie doręczył list.

Ojciec Pio poprosił, aby Angelo przeczytał list na głos. Odczytał więc napisany na firmowym papierze Krakowskiej Kurii Metropolitarnej tekst: „Wielebny Ojcze, proszę o modlitwę w intencji czterdziestoletniej matki czterech córek z Krakowa w Polsce (podczas ostatniej wojny przebywała pięć lat w obozie koncentracyjnym w Niemczech), obecnie ciężko chorej na raka i będącej w niebezpieczeństwie utraty życia: aby dobry Bóg przez wstawiennictwo Najświętszej Dziewicy okazał swoje miłosierdzie jej samej i jej rodzinie”. Data: 17 listopada 1962 r. Podpis: Karol Wojtyła, Wikariusz Kapitulny Krakowa w Polsce.

Dopiero teraz Battista się zdziwił. Po co był ten pośpiech? List był jak tysiące innych, które przekazywał kapucyńskiemu mistykowi. Nazwisko biskupa też nic mu nie mówiło. W prawdziwe osłupienie wprawiły go jednak dopiero słowa o. Pio: „Angelino, jemu nie można odmówić. Zapewnij go, że będę się gorąco modlił za tę mamę”. Wracając do Rzymu, Angelo nadal zastanawiał nad tym, co usłyszał od Pio. Po powrocie wypytał w pracy jeszcze kilku kolegów, ale żaden z nich nie umiał powiedzieć nic szczególnego o tym polskim biskupie.

Już dobrze?

Karol Wojtyła, który przybył do Rzymu miesiąc wcześniej, w październiku 1962 r., na pierwszą sesję II Soboru Watykańskiego, rzeczywiście nie był wówczas zbyt dobrze znany w Watykanie. Dopiero niedawno został biskupem. Wyjeżdżając z Krakowa, dowiedział się, że jego przyjaciółka, Wanda Półtawska, jest ciężko chora. Kiedy był już w Rzymie, dostał od jej męża telegram, z którego dowiedział się, że stan kobiety się pogarsza. Lekarze byli prawie pewni, że przyczyną jest nowotwór złośliwy, dawali jej zaledwie 18 miesięcy życia. Młody biskup powiedział o tym najbliższej mu w Rzymie osobie – księdzu Andrzejowi Marii Deskurowi, który już od dziesięciu lat pracował w Watykanie. To on doradził przyjacielowi, by polecił ich wspólną znajomą modlitwom o. Pio. W tym czasie Deskur przebywał w sanatorium po zawale serca, ale zaofiarował się, że zajmie się przekazaniem listu do rąk stygmatyka, doskonale znał bowiem Zannoniego i Battistiego, utrzymujących stały kontakt z o. Pio.

Tydzień po napisaniu listu – 28 listopada – Wojtyła zadzwonił do męża Półtawskiej. Dowiedział się od niego, że w sposób niewytłumaczalny dla lekarzy nowotwór zniknął. Biskup nie miał wątpliwości, że cud wyprosił o. Pio. Kilka dni później ponownie napisał do niego, tym razem gorąco dziękując za modlitwę.

Podobnie jak poprzednim razem doręczycielem listu był Angelo Battisti. Ojciec Pio znowu poprosił go o odczytanie listu na głos. Bardzo odpowiadało to Battistiemu, ponieważ był niezwykle ciekawy dalszego ciągu tej historii. O. Pio nie reagował w ogóle na treść listu. Dopiero po kilku minutach poprosił, aby zachować oba listy, ponieważ któregoś dnia „będą bardzo ważne”. Po śmierci o. Pio, Battisti włożył je do większej koperty i schował w domu w szufladzie biurka. Odnalazł je przypadkiem w październiku 1978 r.

Po powrocie do Polski Karol Wojtyła nie omieszkał opowiedzieć Wandzie Półtawskiej o wstawiennictwie o. Pio. Mówił o nim z wielką żarliwością, ale jej trudno było uwierzyć, że nieznany jej włoski mistyk wybłagał dla niej cud. Gdy w 1967 r. Półtawskiej udało się wyjechać za granicę, postanowiła jednak odwiedzić także San Giovanni Rotondo. Tam po Mszy Świętej podszedł do niej o. Pio, położył rękę na jej głowie i zapytał: „A więc już dobrze?”. Od tej pory miała pewność, że to jego modlitwie zawdzięcza uzdrowienie.

 

Tekst jest fragmentem artykułu. Całość dostępna w serwisie katolik.pl

Kategoria: Cuda się zdarzają | Słowa kluczowe: , , , , , | Dodaj komentarz

Ojciec Pio doktorem Kościoła?

O nadanie św. Ojcu Pio tytułu doktora Kościoła zabiegają kapucyni. Rodzima prowincja świętego ustanowiła właśnie komisję, która przebada jego życie i dokonania, by na ich podstawie ubiegać się o przyznanie tego wyjątkowego tytułu.

ojciec pio

Prowincjał o. Francesco Colacelli przyznaje, że jest to trudne zadanie. Wystarczy przypomnieć, że do tej pory tytuł ten otrzymało zaledwie 33 świętych. 17 kolejnych czeka w kolejce. O. Colacelli jest jednak dobrej myśli, tym bardziej, że popularność Ojca Pio nie słabnie. W tym roku odnotowano kolejny wzrost napływu pielgrzymów do San Giovanni Rotondo.

Źródło: Fronda.pl

Kategoria: święty Ojciec Pio | Słowa kluczowe: , , , , , , , | Dodaj komentarz

Świadectwo cudu bilokacji Ojca Pio

Świadectwo cudu bilokacji Ojca Pio – o chłopcu z Urugwaju nazywanym “Łazarzem” opowiada ks. werbista poslugujący obecnie w Moskwie o. Dariusz Pielak

Jestem kapłanem ze zgromadzenia Misjonarzy Werbistów. Obecnie pracuję w Moskwie, w parafii św. Olgi. Swego czasu pracowałem w Urugwaju, gdzie byłem świadkiem cudu za przyczyną św. Ojca Pio – świadectwo z najnowszego numeru “Głos Ojca Pio” nr 4 (82) lipiec/sierpień 2013.

Kiedy wyszedł ze śpiączki, zaczął opowiadać przedziwne historie. Najpierw znalazł się w miejscu, które mu się nie podobało. Następnie przeniósł się w bardzo piękną przestrzeń, gdzie spotkał swoją siostrę! Mówił, że bardzo urosła. Jego opowieści przypomniały gorączkowe majaki… Zastanawiająca jednak była historia o spotkaniu z chłopcem o imieniu Facundo, który umarł właśnie w ową niedzielę, kiedy modliliśmy się nad naszym malcem. Ten drugi chłopiec leżał w jednej z sąsiednich separatek i trudno wytłumaczyć, skąd Jurek znał jego imię. Na koniec opowieści podał też przyczynę powrotu z tej jedynej w swoim rodzaju podróży – ściągnęły go modlitwy jego mamy
padrePIO

Była niedziela. Zadzwoniła do mnie jedna z parafianek i poprosiła, żebym pojechał do szpitala, do chorego dziecka w bardzo ciężkim stanie. Przyjechałem wieczorem i od razu przy wejściu spotkałem dziadka i babcię chłopczyka.

Okazało się, że poznałem ich już wcześniej w domu wspólnego znajomego. Dziadkowie mieli posępne twarze, byli na granicy rozpaczy. „Proszę księdza – powiedzieli – lekarze mówią, że z małym jest bardzo źle i potrzeba czegoś więcej niż cudu, żeby z tego wyszedł”. „Co się właściwie stało?” – spytałem. Odpowiedzieli: „Nasz wnuk ma 6 lat. Był chory na białaczkę. Wyszedł z tego, ale ma osłabioną ochronę immunologiczną. Zaatakował go jakiś wirus. Dla każdego innego dziecka skończyłoby się to serią antybiotyków i kilkudniowym leżeniem w łóżku, ale dla naszego wnuka ten atak choroby jest tragiczny w skutkach. Zapadł w śpiączkę, a lekarze nie wiedzą, jak zatrzymać wirusa”.

Musieliśmy poczekać na matkę dziecka, żeby razem wejść do szpitala, więc rozmowa trwała.
Babcia opowiadała, że wnuk bardzo ich zaskoczył swoją wiarą. Nazywał Jezusa swoim przyjacielem i zawsze miał ze sobą Jego obrazek. Kiedy walczył z białaczką, cała rodzina była w rozpaczy, ale malec ich pocieszał: „Nie bójcie się, mój Przyjaciel wyciągnie mnie z tej choroby”. Ta przyjaźń o tyle dziwiła, że rodzina była praktycznie niewierząca: nie chodzili do kościoła, nie mieli w domu obrazów, a ojciec dziecka był zadeklarowanym ateistą.

Tym razem malec w pośpiechu nie wziął ze sobą obrazka ze swoim Przyjacielem. Przywieziono go do szpitala we wtorek. W środę poprosił babcię o obrazek, ale ona zapomniała go zabrać i przywiozła mu go dopiero w piątek. Malec powiedział: „Babciu, nie jest mi już potrzebny”. Babcia była zaskoczona. „Jak to? Nie chcesz obrazka swojego Przyjaciela?” – spytała. Na co malec odpowiedział: „Po co mi obrazek, Babciu? Przecież ja Go widzę, On jest tu ze mną”. Zaskoczyło to wszystkich i jednocześnie napełniło niepokojem. Jak się okazało, w pełni uzasadnionym, bo w sobotę malec zapadł w śpiączkę.

Dziadek przysłuchiwał się naszej rozmowie, aż w końcu powiedział: „Proszę księdza, ja teraz będę żył najlepiej, jak tylko umiem. Będę po prostu świętym człowiekiem. A wie ksiądz dlaczego? Bo chcę się dostać do nieba. I gdy już tam będę, zapytam Pana Boga, dlaczego to robi”.

W końcu przyszli rodzice dziecka. Mama, młoda, szczupła kobieta, ze łzami w oczach żaliła się, że drugiej tragedii nie zniesie – jej pierwsze dziecko, córeczka, urodziła się martwa.

Weszliśmy na oddział intensywniej terapii. Było tam kilka oddzielonych szybami boksów dla chorych. Nasz sześciolatek leżał na wznak, cały w sondach i przewodach. W nosie miał zainstalowaną rurkę, która podtrzymywała oddychanie. Kilka dni wcześniej usłyszałem, że ludzie w śpiączce czasami słyszą, co się do nich mówi. Zacząłem więc mówić do niego mniej więcej tak: „Jureczku, jestem ojciec Darek. Przyszedłem tutaj, żeby się pomodlić, bo jesteś bardzo chory. Twoi rodzice bardzo cierpią i boją się, że Cię stracą. Będziemy się modlić do Twojego Przyjaciela, Jezusa Chrystusa, żeby dał Ci zdrowie. Ale poprosimy o pomoc jeszcze kogoś. Dziś jest akurat dzień kanonizacji Ojca Pio. To był święty człowiek i pomagał wielu ludziom. Mam nadzieję, że w ten szczególny dzień i nam pomoże”. Pomodliliśmy się na różańcu i wyszliśmy z separatki. Matka spytała tylko jeszcze, jakie są szanse na wyzdrowienie. Odpowiedziałem: „Nie mam absolutnie pojęcia, nie jestem lekarzem. Ale pomodliliśmy się, więc teraz pozostaje czekać”. Rzuciło mi się w oczy, że matka miała w ręku różaniec. Ojciec się nie odezwał.

Następnego dnia zadzwoniłem do parafianki, która wezwała mnie do tego dziecka, żeby zapytać o rozwój wypadków. Nie było zmian. Za to chłopcu zaklejono oczy silikonem, żeby nie zniszczył sobie wzroku pocieraniem gałek ocznych pozbawionymi płynu powiekami.

Musiałem wyjechać do Argentyny na kilka dni. Kiedy wróciłem, mój współbrat powitał mnie od razu radosną wiadomością. Mały Jureczek wyszedł ze śpiączki i został przeniesiony do innego szpitala, gdzie przebywa w specjalnym, sterylnym pomieszczeniu. Wirus został przezwyciężony, a lekarze starają się wzmocnić system immunologiczny chłopca. Odczułem wielką radość, jak zresztą wszyscy. Lekarze, jakby uznając własną wcześniejszą bezsilność, nazwali dzieciaka imieniem Łazarz, ponieważ wrócił z zaświatów.

Okazało się, że chłopiec rzeczywiście tam był. Kiedy wyszedł ze śpiączki, zaczął opowiadać przedziwne historie. Najpierw znalazł się w miejscu, które mu się nie podobało. Następnie przeniósł się w bardzo piękną przestrzeń, gdzie spotkał swoją siostrę! Mówił, że bardzo urosła. Jego opowieści przypomniały gorączkowe majaki… Zastanawiająca jednak była historia o spotkaniu z chłopcem o imieniu Facundo, który umarł właśnie w ową niedzielę, kiedy modliliśmy się nad naszym malcem. Ten drugi chłopiec leżał w jednej z sąsiednich separatek i trudno wytłumaczyć, skąd Jurek znał jego imię. Na koniec opowieści podał też przyczynę powrotu z tej jedynej w swoim rodzaju podróży – ściągnęły go modlitwy jego mamy.

Po kilkunastu dniach dziadek z wnuczkiem przyjechali do mojej parafii. Przywieźli obraz Ojca Pio i chcieli go poświęcić. Przy powitaniu malec się rozpłakał. Był zdecydowanie nietypowym dzieckiem, wyciszonym, z powagą i zamyśleniem w oczach niespotykanym u dzieci w jego wieku.

Dziadek powiedział, że pojadą na pielgrzymkę do miejscowości Salto. Jest to miejsce szczególne. Ojciec Pio odwiedził je w cudowny sposób podczas jednej ze swoich bilokacji, ponieważ obiecał pewnemu pochodzącemu z Urugwaju kapłanowi, że będzie przy nim w godzinie śmierci. Teraz ten mały kraj szczyci się tym, że jest jedynym w Ameryce Łacińskiej, w którym pojawił się święty kapucyn.

W „Dzienniku” ojca Agostino in Lamis pod datą 19 maja 1949 roku zamieszona została notatka o wizycie w San Giovanni Rotondo Alfredo Violi, biskupa Salto w Urugwaju, który zostawił kapucynom relację ze śmierci wikariusza generalnego tamtejszej diecezji, Ferdinando Damianiego. Deklaracja ta została oficjalnie potwierdzona podczas jednej z kolejnych wizyt, 26 listopada 1958 roku. Pismo przechowywane jest w klasztornym archiwum do dzisiaj.

„W roku 1937 JE Ferdinando Damiani, będąc chory na serce, przyjechał do San Giovanni Rotondo z pragnieniem, aby umrzeć przy Ojcu Pio i przez niego być namaszczonym.

Rzeczywiście podczas pobytu w klasztorze miał bardzo silny atak, który spowodował, że przez dwie godziny znajdował się na progu śmierci. Kiedy zawołano Ojca Pio, który był w konfesjonale, ten nie przyszedł od razu do chorego. Pojawił się dopiero wtedy, kiedy zagrożenie minęło. Kiedy JE Damiani zaczął mu wyrzucać, że nie przyszedł natychmiast, Ojciec Pio, uśmiechając się, powiedział: «Wiedziałem, że nie umrzesz, więc kontynuowałem spowiedź».

Kiedy poprawił się stan zdrowia gościa, Ojciec Pio poradził mu, aby wrócił do Urugwaju i kontynuował swą pracę (był wówczas wikariuszem generalnym JE Yamacho, biskupa Salto, którego ja byłem koadiutorem). Powiedział mu, że kiedy znajdzie się w niebezpieczeństwie śmierci, on sam postara się o dobrą duchową opiekę dla niego.

JE Damiani wykonywał więc swoje obowiązki, nieustannie zapadając na zdrowiu.

We wrześniu 1941 roku, po śmierci biskupa Yamacho, kiedy byłem biskupem diecezji […], przewodniczyłem kongresowi na temat powołań. […] W nocy z 11 na 12 września, po pierwszym dniu kongresu, JE Damiani miał atak anginy pectoris (dusznicy bolesnej). Było to po północy.

JE Barbieri, który wcześniej był w pokoju JE Damianiego aż do godziny 23.00, a może i dłużej, zdążył zasnąć. Obudziło go pukanie do drzwi jego pokoju. Otworzyły się drzwi i usłyszał głos, który powiedział: «Niech ksiądz idzie do JE Damianiego, bo umiera». JE twierdzi, że miał wrażenie, jakoby w cieniu widział kapucyna.

Pukanie do drzwi usłyszał również pewien kapłan, Francesco Nawarro, który modlił się w oratorium domu biskupiego. JE Barbieri pobiegł do pokoju JE Damianiego. Wszystkie drzwi były zamknięte, ale nie było w nich kluczy. JE leżał, konając w łóżku. Na łóżku leżała też tacka dla chorego, na której były rozsypane (zauważyliśmy to później) tabletki Trinitrna, których prawdopodobnie nie był w stanie zażyć, oraz niedokończony telegram, który mówił: «Ojciec Pio – San Giovanni Rotondo – Nieustanny i straszny ból serca sprawia, że umieram – Damiani».

Ten telegram przechowuję osobiście w Salto.

Nie tracąc świadomości, umierający poprosił JE Barbieriego o udzielenie mu namaszczenia chorych. […]

Wyspowiadany przez ojca Nawarro, przyjął sakrament namaszczenia, którego udzielił mu proboszcz katedry. Jego lekarz zbadał go i stwierdził, że nic już nie można zrobić. JE Damiani umarł pół godziny później, otoczony przez czterech biskupów i sześciu kapłanów.

W ten sposób umarł pod dobrą opieką 12 września 1941 roku o godzinie 1.00. […]

Podpisuję i opieczętowuję tę deklarację złożoną zgodnie z prawdą […]”.
Tekst: Dariusz Pielak

Kategoria: Bez kategorii | Dodaj komentarz

NAJWIĘKSZY CUD OJCA PIO

„Po konsekracji i podniesieniu na jego twarzy widać było coś niezwykłego. Ludzie mówili: — Wygląda jak Jezus!”. Te słowa jednego ze świadków Mszy Świętej sprawowanej przez Ojca Pio wyrażają najgłębszą prawdę o nim jako kapłanie — „drugim Chrystusie”. Jak „Padre Pio” przeżywał Eucharystię? W jaki sposób za jej pośrednictwem apostołował?

Ojciec Pio — Franciszek Forgione — poświęcił się Bogu już jako mały chłopiec. Tak wspominał to wydarzenie: „Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Wtedy nad wielkim ołtarzem ukazało mi się Serce Pana Jezusa i uczyniło znak, bym się zbliżył do ołtarza. Jezus położył rękę na mej głowie, pragnąc w ten sposób potwierdzić, że podoba Mu się to moje postanowienie ofiarowania się i poświęcenia Jemu…”.

Misterium miłości

Na prymicyjnym obrazku Ojciec Pio wypisał słowa, które stały się programem jego kapłańskiego życia: „Jezu, tchnienie mego życia, oto drżący unoszę Cię do góry w misterium miłości. Obym wraz z Tobą był dla świata Drogą, Prawdą i Życiem, a dla Ciebie był świętym kapłanem, doskonałą ofiarą”. Przez ponad 58 lat, codziennie, podczas Eucharystii łączył się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Ostatnią Najświętszą Ofiarę sprawował 22 września 1968 roku – dzień przed swoją śmiercią.

Powołanie Ojca Pio realizowało się przede wszystkim przez sprawowanie Eucharystii oraz przez sakrament pojednania i kierownictwo duchowe. W Eucharystii doświadczał – jak sam wyznał — „całej Kalwarii”.

Ołtarz i konfesjonał

Odprawiana przez Ojca Pio o czwartej lub piątej rano — Msza Święta wpłynęła na rozkład autobusów i godziny otwarcia hoteli w San Giovanni Rotondo. Jego sakramentalna posługa przyciągała tysiące wiernych. Ludzie już od 2.30 oczekiwali w kościele. Nawiedzając to miejsce w 1987 roku, Jan Paweł II mówił w homilii poświęconej Ojcu Pio: „Czyż ołtarz i konfesjonał nie były dwoma biegunami jego życia?” Gdy przybył do San Giovanni Rotondo w roku 1974, wspominał: „Mam jeszcze przed oczyma jego postać, jego obecność, jego słowa; widzę, jak odprawiał Mszę św. przy bocznym ołtarzu, a następnie ten konfesjonał, dokąd udawał się, aby spowiadać… ”.

Charyzmatyczny spowiednik odmawiał często rozgrzeszenia penitentom, którzy wyznawali, iż zaniedbywali Mszę św. niedzielną. Bolał nad ich niefrasobliwością. Otrzymywali rozgrzeszenie tylko wtedy, kiedy naprawdę żałowali. W ten sposób Ojciec Pio uczył, że każda Najświętsza Ofiara ma bezgraniczną wartość.

Msza Ojca Pio

Taki tytuł nosił artykuł pewnego świeckiego dziennikarza, który w 1929 roku przelał na papier odczucia, jakie wzbudziła w nim Eucharystia sprawowana przez słynnego Kapucyna. Pisał: „Wszyscy ci, którzy byli ze mną w małym kościele Matki Bożej Łaskawej, w modlitwie towarzyszyli mu we wchodzeniu na Kalwarię i pozostawali u stóp krzyża, na nowo utwierdzając się w wierze i nadziei. (…) Wiele cudów Opatrzności przekazał Ojciec Pio ludzkim duszom i ciałom (…), ale ze wszystkich — dla mnie — cud Mszy Świętej jest największy”.

Inny świadek „Mszy Ojca Pio”, kapucyn, tak wyraził posłannictwo swego współbrata: „Tajemnica Męki była dlań stosowną, wydawał się zrodzony właśnie dla celebracji. Gdy wznosił kielich i patenę, rękawy opadały nieco i ukazywały odsłonięte rany rąk. Na nich skupiał się wzruszony wzrok obecnych i wszyscy nagle czuli się ubodzy i mizerni, zdumieni wobec tego ofiarowania (…) W czasie Komunii tłum wstrzymywał oddech. Bóg ukrzyżowany łączył się z ubogim bratem (…). Zdawało się, że ta Msza jednała dusze, pozwalała zapomnieć zło, dawała odczuć radość z bycia braćmi i pielgrzymami…”.

Miejsce przeistoczenia

Eucharystia, nieskończenie owocna jako źródło łask dla samego Ojca Pio, była również skuteczna dla tych, którzy byli jej świadkami. Jeden z nich stwierdził, że kiedy Ojciec odprawiał Mszę św., „nie można się było zmęczyć patrzeniem na niego”. W kościele była całkowita cisza. Ludzie, wpatrzeni w skupieniu oblicze kapłana, kontemplowali dokonujące się na ołtarzu tajemnice. Do San Giovanni Rotondo przybywali nie tylko katolicy, ale również zagorzali ateiści, ciekawscy, niewierzący. Podczas Eucharystii sprawowanej przez Ojca Pio wielu z nich wracało do wiary.

Maria Winowska, opisując kilkakrotnie przeżytą „Mszę Ojca Pio”, pyta: „…czyż Msza nie jest dla każdego z nas miejscem przeistoczenia, w którym nasze biedne cierpienie, przejęte przez Chrystusa, osiąga cenę wieczności? (…) To, co się odbywa przy ołtarzu, przemawia wprost do duszy. Jest jakiś tajny związek między nią a księdzem zatopionym w Bogu. (…) I to mi się wydaje jedną z przyczyn nadzwyczajnej władzy Padre Pio nad wszystkimi, którzy się doń zbliżają. Jak woda za dotknięciem różdżkarza, tak za jego przyczyną tryska żywe źródło skryte w pustyni oschłej rutyny. W zetknięciu z nim dusze utwierdzają się w chrześcijaństwie…”.

Dobromiła Salik
opr. mg/mg

Kategoria: Bez kategorii | Dodaj komentarz

Ojciec Pio – co zobaczył w swoich wizjach?

Słynny stygmatyk był znany nie tylko ze swoich krwawiących ran, ale i z tego, że miewał wizje dotyczące przyszłości świata. Co przewidywał?

Większość jego wizji dotyczy końca świata i Dnia Sądu Ostatecznego, a jest to tematyka dziś niezwykle aktualna. Francesco Forgione, bo tak nazywał się naprawdę, większość swojego życia spędził w klasztorze braci mniejszych kapucynów w San Giovanni Rotondo, gdzie żył aż do śmierci. Wśród wiernych jeszcze za życia zakonnika, krążyły opowieści o jego nadprzyrodzonych umiejętnościach. Dziś interesuje nas przede wszystkim dar jasnowidzenia. Ojciec Pio pozostawił po sobie wiele przepowiedni dotyczących przyszłych losów świata. Zadziwiające, że początkowo sam nie zdawał sobie sprawy, że wizje, których doznawał są czymś nadzwyczajnym. A wszystko przez to, że pierwsze z nich pojawiły się, kiedy Franciszek był jeszcze małym dzieckiem. Może to zabawne, ale najzwyczajniej w świecie przez wzgląd na niewinną dziecięcą naiwność myślał, że wszyscy ludzie posiadają tego typu zdolności. Dlatego między innymi nie wspominał o nich, traktując jako przysłowiowy chleb powszedni. Z czasem jednak zaczął spostrzegać swoją inność coraz wyraźniej. Niektóre doświadczenia mistyczne Pio opisywał w listach do swojego powiernika i opiekuna duchowego, ojca Augustyna. Poniżej przytaczamy krótkie fragmenty jednego z nich. Korespondencja pochodzi z 7 kwietnia 1913 roku. A pisał ojciec Pio takie oto słowa:

„Mój drogi Ojcze, w piątek rano [...] ukazał mi się Pan Jezus. Był zdruzgotany i załamany. Ukazał mi ogromny tłum księży, pośród których było wielu dygnitarzy z różnych kościołów. Jedni odprawiali msze święte bez należnego nabożeństwa, inni ubierali lub zdejmowali szaty liturgiczne bez żadnego szacunku. [...] Zapytałem dlaczego tak cierpi. Nie odpowiedział, tylko pokazał mi ukaranie tych księży. Za chwile jednak, patrząc na nich z wielkim smutkiem zapłakał i zobaczyłem jak dwie duże łzy spłynęły po Jego twarzy. Odwrócił się i odszedł stamtąd wypowiadając gorzko pod ich adresem ‚Mordercy!’.

Zwracając się do mnie powiedział: ‚Mój synu, nie wierz w to, że moja agonia trwała tylko trzy godziny. Moja agonia nadal trwa i będzie trwała do końca świata ze względu na Dusze, które bardzo umiłowałem. [...] To potęguje moje cierpienie i przedłuża agonię. A najgorsze jest to, że ludzie są obojętni, nie wierzą we mnie i gardzą moja miłością. Ileż to razy mój gniew jak piorun, chciałem obrócić przeciw nim, ale powstrzymali mnie Aniołowie i Duch miłości, który jest we mnie… [...]”.

Bóg wielokrotnie rzekomo zapowiadał, że zbliża się koniec ery ludzkiej. O tym właśnie mówi kolejny bardzo obszerny fragment, w którym Pio opisuje treść jednego z najważniejszych widzeń mistycznych. Jest to tekst jednej z wizji ojca Pio, który przytaczamy za Zbigniewem Kozłowskim na podstawie jego słynnej książki pod tytułem „Świat objawiony”.

„15 stycznia 1957 roku Zbawiciel nasz, Jezus Chrystus, oznajmił mi wieść następującą:

‚Godzina mego przyjścia [sądu dla trzeciej części ludzkości] jest bliska. Przy tym przyjściu będzie Miłosierdzie, a jednocześnie twarda i straszna kara. Moi Aniołowie powołani do tego zadania będą uzbrojeni w miecze. Uwaga ich będzie zwrócona przeciw tym, którzy nie wierzą i bluźnią przeciwko objawieniu Bożemu. Z chmur powstaną orkany ognistych strumieni padających na całą ziemię. Niepogody, burze, pioruny, powodzie, trzęsienia ziemi będą jedne po drugich następować w różnych krajach.

Nieustannie będzie padać deszcz ognisty. Rozpocznie się to w bardzo mroźną noc. Grzmoty i trzęsienia ziemi będą trwać trzy dni i trzy noce. Będzie to dowodem, że przede wszystkim jest Bóg. Ci, którzy we mnie pokładają nadzieję i wierzą moim słowom, niech się nie boją, bo ja ich nie opuszczę. Szczególnie tych, którzy niniejsze ostrzeżenie podadzą innym dla ich dobra, żeby się ludzie nawrócili i przestali źle czynić.

Kto jest w stanie łaski i szuka opieki Matki Mojej, temu nie stanie się nic. Abyście się na to przygotowali, podaję wam znaki: noc będzie bardzo zimna, wiatr będzie huczał, a po pewnym czasie powstaną grzmoty. Wtedy zamknijcie drzwi i okna, nie rozmawiając z nikim poza domem. Uklęknijcie pod krzyżem, żałując za swoje grzechy. Proście Matkę Moją o opiekę. Podczas gdy ziemia trząść się zacznie, nie wyglądajcie na zewnątrz, bo gniew Ojca Mego jest godny szacunku. Kto rady tej nie usłucha, ten zginie w okamgnieniu, bo serce jego widoku tego nie wytrzyma. Kto będzie cierpiał nieustraszenie, nie zginie. Zostanie on męczennikiem i wejdzie do Królestwa Mojego. W trzecią noc ustanie ogień i trzęsienie ziemi, a w dniu następnym świecić będzie słońce.

W postaciach ludzkich zstąpią na ziemię Aniołowie i przyniosą z sobą ducha pokoju. Niezmierna wdzięczność uratowanej ludzkości wzniesie się do nieba w gorącej modlitwie dziękczynnej. Kara, jaka spadnie, nie może być porównana z żadną inną, jaką Bóg dopuścił na stworzenia od początku świata. Jedna trzecia ludzkości zginie.

Powaga czasu skłania Mnie do zwrócenia uwagi wszystkim, że to wielkie niebezpieczeństwo grozi ludzkości, jeżeli się ona nie zmieni. Nikt nie zna dnia ani godziny, kiedy przyjdzie kara. Ojciec Mój wie, kiedy to nastąpi.

Pamiętajcie o tym surowym napomnieniu, które wam daję. Nie bójcie się, ale tego nie lekceważcie, bo niebezpieczeństwo grozi całej ludzkości. Wobec krótkiego czasu należy go gorliwie wykorzystać, nie poddawać się złu ani nie ustępować. Waszym zadaniem i obowiązkiem jest wskazać na nadchodzące niebezpieczeństwo, ponieważ nie będzie usprawiedliwienia, że nie wiedzieliście. Niebo długo bowiem czeka i ostrzega, a ludzie się tym nie przejmują. Gdy będzie za późno, wyłoni się duży głaz z białej mgły poprzez noc – noc bez wypowiedzenia wojny. [...]„.

Czy proroctwa ojca Pio spełnią się w najbliższym czasie?

Źródło: strefatajemnic.onet.pl

Kategoria: Bez kategorii | Dodaj komentarz

Droga krzyżowa w San Giovanni Rotondo

Pielgrzymujących do San Giovanni Rotondo zachwyca monumentalna droga krzyżowa o długości przekraczającej 800 metrów, biegnąca, w cieniu wysokich drzew, na zboczu wzgórza Castellano.

Wije się ona serpentynami w górę, przecinając szeroki trakt kamienny o długości 150 i szerokości 9 metrów, zwany „schodami do nieba”, którym wielu pielgrzymów powraca na plac przykościelny. Na jej początku znajduje się figura Ojca Pio, w połowie zaś ustawiono (23 września 1970 roku) wykonaną z białego kamienia płaskorzeźbę wyobrażającą Maryję z Dzieciątkiem, a na samej górze wielkich rozmiarów figurę Chrystusa zmartwychwstałego.

Poszczególne stacje wzniesione zostały z granitu sardyjskiego, zaś wyobrażenia Chrystusa wykonano z brązu. Na uwagę zasługuje stacja piąta, która przedstawia Ojca Pio w roli Szymona Cyrenejczyka pomagającego Chrystusowi dźwigać krzyż w drodze na Kalwarię.

Szczególnie pięknie droga krzyżowa wygląda nocą, gdy od stacji do stacji cicho przesuwa się tłum pielgrzymów przy świetle pochodni, lampionów i latarek. Ich wędrówce towarzyszy modlitewna zaduma.

Pomysłodawcą drogi krzyżowej był Ojciec Pio. Dla jej zaprojektowania i wykonania pozyskał znanego włoskiego rzeźbiarza Francesca Messinę, któremu radą i pomocą służyli: architekt, Tito Varisco z Mediolanu i inżynier, Saverio Longo z San Giovanni Rotondo. Niewierzący i krytycznie nastawiony do Kościoła Messina po spotkaniu z Ojcem Pio (11 kwietnia 1949 roku) zmienił swoje życie i stał się jego duchowym synem.

Pracę nad projektami Messina rozpoczął wiosną 1967 roku. Rok później, 25 maja, w osiemdziesiąte urodziny Ojca Pio, rozpoczęto pierwsze roboty na zboczu Castellano. Kamień węgielny poświęcił sam Ojciec Pio 22 września 1968 roku, na kilka godzin przed swoją śmiercią. W miejscu, gdzie wówczas stał, wznosi się obecnie jego pomnik – także wykonany przez Messinę.

Francesco Messina – jak napisał Czesław Ryszka w „Winnicy Padre Pio” – przez wiele lat przyglądał się charyzmatycznemu kapucynowi i przelał w tę bryłę metalu żywego Pio. Co ciekawe, umieścił figurę na bardzo niskim postumencie, aby – jak mówił – Ojciec mógł rozmawiać ze swymi dziećmi. Cierpiące oblicze, zranione ręce, pochylone plecy… Pio stoi jak żywy, taki, jakim pamiętają go wszyscy. Codziennie pod tą figurą klęczy wiele osób. Każdy dotyka statuy z brązu, pociera o nią różaniec lub chusteczkę…

25 maja 1971 roku kard. Corrado Ursi, arcybiskup z Neapolu, który należał do szczególnych protektorów i duchowych przyjaciół Ojca Pio, poświęcił drogę krzyżową.

Źródło: doojcapio.pl

Kategoria: święty Ojciec Pio | Dodaj komentarz